Showing posts with label wavves. Show all posts
Showing posts with label wavves. Show all posts
Tuesday, 29 January 2013
Tuesday, 30 August 2011
Monday, 21 February 2011
Wednesday, 26 August 2009
Wavves - "Wavvves" album
Jak się okazuje nazwy rodzajów muzycznych i ich fuzji mogą mieć źródła w popularnej na kalifornijskich i australijskich wybrzeżach rozrywce. Zespoły grające surf music, bo o ten gatunek(?) chodzi, które w latach 60-tych swoją energią, wielogłosowymi harmoniami przystojnych młodzieńców i miękko brzmiącymi gitarami zmuszały amerykańskie nastolatki (i nastolatków zapewne także) do histerycznych krzyków na koncertach lub w najgorszym wypadku energicznych podrygiwań nienagannego Freda i słodkiej Daphne podczas wieczornej zabawy na plaży.
Nowy (drugi) album Nathana Williamsa tworzącego jednoosobowy projekt pod nazwą Wavves to surfrockowo-popowo-punkowe hałaśliwe utwory, z mocno przesterowanymi gitarami i nałożonym na głos efektem zniekształcenia.
Niska jakość dźwięku, szumy i charczenie, radykalne a przede wszystkim głośne zabiegi Nathana na, wydawałoby się, wymarłym gatunku z lat 60-tych, tworzą nową jakość z młodzieńczą, niespożytą energią w środku. To ponoć jakość, która najlepiej brzmi „na głośno”, choć, moim zdaniem, głośność jest najsłabszą stroną „Wavvves”. Po szóstym lub siódmym utworze, potrzebna jest już duża doza cierpliwości i odrobina skłonności masochistycznych, żeby dotrwać do końca albumu.
„Wavvves” ma coś z atmosfery garażowego grania znudzonych, zblazowanych młodzieńców, których życie krąży wokół fal, deski surfingowej i łatwych panien na jedną noc. Czasami idą do garażu, gdzie na magnetofonie szpulowym nagrywają swoje kawałki za jednym razem - ze wszystkimi instrumentami jednocześnie. W podobny sposób powstawały pierwsze nagrania Beatlesów czy The Beach Boys, ale do muzyki z „Wavvves” żadna postać z kreskówki nie zatańczy.
Nowy (drugi) album Nathana Williamsa tworzącego jednoosobowy projekt pod nazwą Wavves to surfrockowo-popowo-punkowe hałaśliwe utwory, z mocno przesterowanymi gitarami i nałożonym na głos efektem zniekształcenia.
Niska jakość dźwięku, szumy i charczenie, radykalne a przede wszystkim głośne zabiegi Nathana na, wydawałoby się, wymarłym gatunku z lat 60-tych, tworzą nową jakość z młodzieńczą, niespożytą energią w środku. To ponoć jakość, która najlepiej brzmi „na głośno”, choć, moim zdaniem, głośność jest najsłabszą stroną „Wavvves”. Po szóstym lub siódmym utworze, potrzebna jest już duża doza cierpliwości i odrobina skłonności masochistycznych, żeby dotrwać do końca albumu.
„Wavvves” ma coś z atmosfery garażowego grania znudzonych, zblazowanych młodzieńców, których życie krąży wokół fal, deski surfingowej i łatwych panien na jedną noc. Czasami idą do garażu, gdzie na magnetofonie szpulowym nagrywają swoje kawałki za jednym razem - ze wszystkimi instrumentami jednocześnie. W podobny sposób powstawały pierwsze nagrania Beatlesów czy The Beach Boys, ale do muzyki z „Wavvves” żadna postać z kreskówki nie zatańczy.
Wavves - „Wavvves”
- "Rainbow Everywhere" – 1:29
- "To the Dregs" – 1:56
- "Sun Opens My Eyes" – 3:20
- "Gun in the Sun" – 2:33
- "Goth Girls" – 3:13
- "No Hope Kids" - 2:13
- "California Goths" – 2:21
- "Summer Goth" – 2:05
- "Beach Goth" – 3:51
- "Killr Punx, Scary Demons" – 1:25
- "Surf Goth" – 2:08
Subscribe to:
Posts (Atom)


